Zachciało mi się nowej linii...

Zachciało mi się spróbować nowej linii promowej Gdańsk - Kopenhaga - Oslo i z powrotem. Firma przewozowa niby poważna - DFDS Seaways z Danii.

Pierwszy szok nastąpił przy lekturze cennika: bilet Kopenhaga - Oslo jest droższy niż bilet okrężny Gdańsk - Kopenhaga - Oslo i z powrotem. Warunek: nie wolno zostać nigdzie po drodze dłużej, niż statek stoi w porcie. Czy to jest ekonomia? Nie, oni to nazywają mini-rejsem, czyli pakietem turystycznym.

Zachciało mi się być w Norwegii tydzień. Policzyłam, że 2 razy bilety okrężne i tak będą tańsze, niż kupowane pojedynczo, bo nie było żadnej rozsądnej taryfy powrotnej. Pomyślane, zrobione, zapłacone - i co dalej?

Przy próbie poinformowania o planie działania kobiety w bazie promowej w Gdańsku o mało nie wezwały policji - sprawiały wrażenie, że czują sie, jakbym ja je okradła, lub zgłaszała taki zamiar. Miałam wątpliwości, z czego abym miała je okraść, ale one mi tłumaczyły, jak dziecku, że WYKORZYSTANY W PEŁNI bilet okrężny gwarantuje im pasażera. Na pytanie, co za różnica, jeśli pasażer zapłacił, a nie zużywa wody, nie śmieci i nie brudzi w ubikacji, to wtedy kobiety cierpliwie tłumaczyły mi, że taka jest polityka korporacji.

A co się stanie, jeśli zrobię, jak zechcę? To wtedy anulują mi cały drugi bilet, bez prawa do zwrotu. To tak, jakbym kupiła bilet na kolejkę z Gdańska do Gdyni i nie mogła wsiąść do pociągu w Sopocie, a na dodatek za karę musiałabym jeszcze dokupić nowy bilet na pociąg pospieszny.

Ogółem podziwiałam wysoki poziom profesjonalnego i kulturalnego całkowitego utożsamienia się kobiet z polityką korporacji. Szkoląca je firma zarządzania zasobami ludzkimi wykonała dobrą robotę: profesjonalnie wyprała im mózgi z resztek rozumu. Pewnie daleko zaszłyby w firmie, gdyby były Dunkami...

Ale, najpierw kontrola paszportu przy otrzymywaniu wejściówki na statek. Potem kontrola paszportu przez Straż Graniczną. Potem jeszcze raz kontrola zgodności paszportu i biletu przed wejściem na statek. Duńczycy pilnują się, jakby strzegli góry złota. Na żadnym promie do Szwecji takiego cyrku jeszcze nie widziałam. Przeszłam przez to wszystko i zaczęła się podróż.

Organizatorzy zapewnili atrakcje turystyczne dla pasażerów - w końcu to mini-rejs!. Wieczorem mogłam obejrzeć członka załogi (mężczyznę) włażącego bezceremonialnie do damskiej umywalni, tylko po to, by coś sprawdzić przy papierach toaletowych. Nie mam nic przeciwko równouprawnieniu, ale nie na poziomie ubikacji, umywalni i podobnych przybytków. Niestety, nie znalazłam żadnej mokrej, brudnej ściery, by mu zaprezentować różnice kulturowe, zanim on wyszedł, nie mruknąwszy żadnego przepraszam, sorry, czy unskyld.

Następna atrakcja turystyczna to już przy przesiadce, czyli w Kopenhadze. Żadnej oficjalnej propozycji wycieczkowej, nawet za dopłatą nie było. Nie było zorganizowanej przerzutki bagażu między statkami, klamotki należy donieść własnoręcznie i przechować w poczekalni, w pudełku. Właściwie, ta zorganizowana atrakcja, to brak odpowiedniej ilości wolnych pudełek bagażowych. Dopiero kontakt z obsługą kasy biletowej pozwolił na zlokalizowanie dodatkowych pudełek w zupełnie nieoznaczonym pomieszczeniu w sąsiednim budynku. Potem już było lekko i łatwo - plan Kopenhagi w garść i można ruszać szlakiem parków, twierdz i pałaców. To w końcu tylko mini-rejs.

Odcinek do Oslo nie dostarczył mi żadnych dodatkowych wrażeń, ale w drodze powrotnej znów nie było nudno.

A więc, zgodnie z obietnicą anulowano mi rezerwację na powrót i musiałam kupić nowe bilety za nowe, większe pieniądze. Pouczano mnie, że to nie jest sposób używania mini-rejsów.

W Kopenhadze na drodze na statek do Polski było wesoło. Zabrakło mi 30 koron, by kupić bilet, więc chciałam zapłacić kartą. I karta, która kilka godzin przedtem, w tym samym mieście działała bez zarzutu, w systemie biletowym DFDS została odrzucona, jako wadliwa, mimo, że cały czas było na niej więcej, niż 30 koron. Przy zakupie biletu znów zażądano mojego paszportu. Na pytanie, dlaczego Polacy są tak sprawdzani, padła odpowiedź, że, bo nie jesteśmy w Schengen. Potem 5 metrów dalej od kasy znów jakiś człowieczek w mundurze chciał widzieć mój paszport. Potem, 10 metrów dalej, był policjant w budce, który też chciał widzieć mój paszport. Na pytanie, dlaczego tak nas sprawdzają najpierw powiedział "it is my job - do you understand?" a potem dodał "therefore we don't want you in EU". Oczywiście, poprosiłam go o głosowanie "nie", jeśli będzie miał okazję i sobie poszłam. Ano, okazuje się, że Duńczycy nie tylko bronią Danię przed Polakami, ale nawet bronią Polskę przed Polakami, zamiast dać tylko bilet w garść i niech spada tałatajstwo do domu na dziki wschód, podobnie, jak to wygląda przy wyjeździe ze Szwecji do Polski.

Na statku zaprezentowano pokaz zwartości języka polskiego.
Ostrzegano turystów najpierw po duńsku, potem po angielsku, że w Gdańsku jest zalew fałszywych pieniędzy, dlatego można dokonać bezpiecznej wymiany w kasie na pokładzie, czynnej od 8.15, albo w autoryzowanych placówkach bankowych. Nie powiedziano, czym się różnią placówki autoryzowane od nieautoryzowanych, nie mówiąc już o istnieniu kantorów. Wersja polskojęzyczna była bardzo treściwa: "nasz kantor ma otwarte ósma piętnaście". I tylko tyle - nic więcej. O mało co nie spadłam z łóżka ze śmiechu, jak oni powtarzali te wiadomości kolejny raz. Z ciekawości podeszłam do kasy i kursu wymiany koron na złotówki nie zobaczyłam, ale zobaczyłam, że jest opłata za samą wymianę 20 koron i że minimalna kwota wymiany to 1000 koron. A może to dotyczyło kart bankomatowych? Wszystko było po duńsku, ja to rozumiem tylko częściowo, a w dyskusje się nie wdawałam.

Język polski na statku to osobna historia. To, że napisy są w wersji bezogonkowej, to nie jest istotne. Ciekawsze są smaczki typu: "bogata selekcja serów" przy zachęcie do skorzystania z bufetu. Wiadomości po polsku były obsługiwane przez osobę niewątpliwie pochodzenia polskiego, obsługującą jakoś język polski, ale niekoniecznie wychowaną w Polsce. Niektóre wyrażenia były zrozumiałe zdecydowanie lepiej po przetłumaczeniu ich z polskiego na angielski.

Duńskim turystom w Gdańsku zaoferowano przewóz autobusem z bazy promowej na Westerplatte do centrum miasta, wycieczkę z przewodnikiem szlakiem zabytków i... przewóz do jednego z centrów handlowych na obrzeżu Gdańska, oraz oczywiście transport na statek razem z zakupami.
To się dopiero nazywa pakiet turystyczny! Nie to, co oferują Polakom w Kopenhadze. Dlatego też łatwo mi zrozumieć dlaczego sklep na statku jest taki nędzny: ceny wyższe niż w Kopenhadze, nie mówiąc już o Geancie czy Auchanie w Gdańsku - tylko jakiś desperat by coś w nim kupował.

Ale w końcu dojechałam do domu i po kilku dniach zabrałam się za pisanie tego tekstu.

Wniosek - podróż z DFDS Seaways dostarczy turyście zdecydowanie więcej wrażeń niż przejazd Steną albo PŻB. Czy komuś to się podoba, czy nie.

Barbara Głowacka e-mail: jastra@ jastra.com.pl
27.10.2002

============================== Great Seal of
Gdansk with mediewian ship

index do strony początkowej / to begin page